Skip to content Skip to footer

Trzeci rok nowenny przed 100. rocznicą śmierci bł. ks. Ignacego Kłopotowskiego – Ojciec najuboższych

Trzeci rok nowenny przed 100. rocznicą śmierci bł. ks. Ignacego Kłopotowskiego - Ojciec najuboższych

„Przyszedłem ogień rzucić na ziemię i jakże pragnę, żeby on już zapłonął” (Łk 12,49). Kongregacja dla spraw świętych rozpoczęła Dekret o heroiczności cnót naszego Ojca Założyciela tym właśnie cytatem Ewangelii, dodając: „Ogień Ducha Świętego ks. Ignacy Kłopotowski przyjął i niósł do ludzi przez całe życie. Sam często nazywany Bożym ogniem tak wyznawał: Czy człowiek może skryć ogień, który płonie w jego wnętrzu? Bóg jest Ogniem. I On w nas jest!”

Wewnętrzny Boży Ogień to istota duchowego ojcostwa naszego bł. Ojca Założyciela tak rozmiłowanego w Jezusie Chrystusie – Ojca najuboższych. Ks. Ignacy świadczył całym oddanym Bogu i ludziom życiem, że „w Jezusie Chrystusie znaczenie ma tylko wiara, która działa przez miłość” (Ga 5,6). Świadczył, że „wiara bez uczynków martwa jest” (Jk 2,15). Ta wiara rozpalona miłością prowadziła go do Chrystusa w Eucharystii i jednocześnie pozwalała mu odnajdywać Go w potrzebujących braciach w Kościele, śpieszyć im na pomoc z ojcowską miłością. „Kto nie kocha bliźniego, nie kocha Boga, który jest Ojcem wszystkich ludzi” – mówił. Jako kapłan posłuszny zawsze biskupowi, gorliwie wypełniający swoje duszpasterskie i administracyjne obowiązki, nie poprzestawał na nich. Widział dalej i więcej niż inni, dostrzegał te biedy i potrzeby konkretnego człowieka, obok których inni przechodzili obojętnie. „Ujrzałem przed sobą pole pracy szerokie i przez nikogo nie zajęte” – sam wyznał. Umiał ogarniać swym kapłańskim, ojcowskim sercem całą ludzką nędzę, zwłaszcza najuboższych. Ks. Jan Pałyga napisał o nim: „Gdy chodzi o biednych, to miał sokoli wzrok. Dostrzegał ich wszędzie: na wsi, w mieście i za drzwiami mieszkań. Przed jego wzrokiem nie była się w stanie ukryć żadna bieda – i to zarówno materialna, jak i duchowa”.

1. FUNDAMENT HEROICZNIE SŁUŻEBNEJ POSTAWY BŁ. KS. I. KŁOPOTOWSKIEGO

Potężna lawina czynów dobroci ks. Ignacego miała swoje niewyczerpane źródło, jak to już zostało wspomniane, w jego żarliwej miłości do Jezusa. Wpatrywanie się w Chrystusa dawało mu inspirację do służby potrzebującym, do podejmowania wielu dzieł miłosierdzia. „Jezus między ubogimi był najuboższy (…) i ubogim dawał pierwsze miejsce w swoich cudach, w swojej nauce i w swoich obietnicach”. Ks. Ignacy, pochylając się nad wielorakim cierpieniem człowieka, naśladował Chrystusa, który życie swoje ofiarował za każdego. O tym, że czynił wszystko z motywów religijnych, świadczy zarówno jego postawa, jak i przesiąknięte Ewangelią jego słowa: „W uczynkach miłosiernych nie mamy między osobami przebierać. Każdemu człowiekowi potrzebującemu naszej pomocy, jeśli tylko możemy, powinniśmy ją okazać. Nie tylko tym mamy dobrze świadczyć, którzy nas kochają, których sami kochamy, ale każdemu, kto naszej pomocy potrzebuje!”. Często powtarzał, że błogosławieni są miłosierni, albowiem oni miłosierdzia dostąpią. Mówił: „Świat potrzebuje miłosierdzia. Serce Jezusa przepełnione miłosierdziem czeka, abyśmy z tego skarbca czerpali dla siebie i dla innych”.

Był przekonany, że czyny miłosierdzia są konieczne tak dla potrzebujących naszej pomocy, jak i dla nas samych. Mówił: „Niebo można otrzymać nie za piękne słowa pełne miłości Boga i bliźniego, ale za dobre uczynki, i tylko za uczynki”, bo one są najlepszym dowodem wiary i miłości. Jezus bowiem zapewniał, że cokolwiek czynimy potrzebującemu, Jemu samemu czynimy, a konsekwencją tego będzie przebywanie z Nim w niebie. Ks. Ignacy nauczał więc: „W biednym i nieszczęśliwym, któremu świadczymy dobrze, mamy uznać samego Pana Jezusa; w bliźnim Boga samego znajdujemy”.

Ks. Kłopotowski, kierując się prawdziwą miłością wobec bliźniego, troszczył się tak o jego ciało, jak i o duszę: „Inne są czyny miłosierne względem ciała, inne względem duszy. Wszystkie zaś obowiązują, jeśli bliźniego naprawdę miłujemy”. Bieda moralna i materialna idą często w parze, bo znajdujący się w nędzy materialnej często staczają się w nędzę moralną. Wychodząc więc naprzeciw zarówno jednym, jak i drugim, ks. Ignacy sam szedł do ulicznych żebraków, najbiedniejszych, bezdomnych, sponiewieranych moralnie, by zapewnić im dach nad głową, posiłek, pracę i środowisko sprzyjające ich wzrostowi duchowemu. Bolał nad tym, że „głód cierpią dusze nieśmiertelne”. Dlatego zapraszał do współpracy w swoich domach opieki zgromadzenia zakonne. Również pisma, które wydawał, a które nazywał „chlebem duszy”, kierował przede wszystkim do ludzi biednych, by ich ubogacić duchowo.

Ks. Kłopotowski spełniał i uczył spełniać czyny dobroci bez rozgłosu, w ciszy i z wyrozumiałością wobec każdego człowieka, także błądzącego. Mówił: „Przejmijmy się duchem miłości chrześcijańskiej i nikogo nie potępiajmy za jego uczynki, choćby jawnie były grzeszne i złe. Starajmy się mieć wyrozumiałość, a wtedy sprawdzą się na nas słowa Ewangelii: Nie sądźcie, a nie będziecie sądzeni, nie potępiajcie, a nie będziecie potępieni. (…) Powinniśmy wspierać ludzi biednych i potrzebujących, choćby oni stwarzali tylko prawdopodobieństwo, że takimi są. Lepiej pomylić się i dać człowiekowi, który nas okłamał, że nas potrzebuje, aniżeli odmówić jałmużny naprawdę potrzebującemu. (…) My katolicy miłością mamy jaśnieć”.

2. DOBROCZYNNE DZIEŁA OJCA IGNACEGO

Od początku kapłańskiej pracy troska o ubogich była głęboką potrzebą wrażliwego serca ks. Ignacego. Biednym i krzywdzonym poświęcał się już jako wikary, jako kapelan szpitala i jako profesor Lubelskiego Seminarium Duchownego. Rok po święceniach, szukając skutecznej formy pomocy ubogim, bezdomnym, bezrobotnym i kalekom, wstąpił do Lubelskiego Towarzystwa Dobroczynności (jedynej organizacji dozwolonej przez władze carskie). Jednak już w roku 1894 sam założył Lubelski Dom Zarobkowy z kilkunastoma oddziałami pracy dla kobiet i mężczyzn. Chodziło mu o to, by dać bezrobotnym pracę, a nie jałmużnę, by ubodzy i nieszczęśliwi sami zarabiali na własne utrzymanie, przygotowując się w ten sposób do samodzielnego życia w społeczeństwie. Dom Zarobkowy stał się przytułkiem dającym schronienie na noc ogromnej ilości bezdomnym z miasta. Urządził przy nim tanią herbaciarnię i tanią kuchnię. Ks. Kłopotowski nieustannie zajmował się rozszerzaniem możliwości tego Domu, rozwijając w nim coraz to nowe działy pracy (dla chłopców i mężczyzn: krawiectwo, stolarstwo, szewstwo, kowalstwo, koszykarstwo, a dla kobiet i dziewcząt: pralnię, prasowalnię, pończosznictwo i inne). Dom Zarobkowy służył ks. Ignacemu jako zaczątek następnych dzieł dobroczynnych zakładanych najpierw w Lublinie, a następnie poza miastem. Jego reakcją na problem żebractwa ulicznego było założenie Domu opieki dla starców i kalek. Jako jego opiekun i kierownik w instrukcji z 1899 roku napisał: „Zadaniem Domu starców i kalek jest dać przytułek, całe utrzymanie, opiekę materialną i moralną ludziom obojga płci, nie mogącym z powodu podeszłego wieku lub kalectwa na siebie zapracować”.

Ks. Kłopotowski od pierwszych lat swojej posługi wśród najbiedniejszych wiele troski poświęcił dzieciom bezdomnym i opuszczonym, a zwłaszcza sierotom. Już w 1894 roku założył sierociniec przy Lubelskim Domu Zarobkowym. Natomiast w roku 1900 pod agendą Towarzystwa Dobroczynności powołał do istnienia ze swym kolegą ks. Franciszkiem Mazurkiem dwa sierocińce – dla chłopców i dla dziewcząt, w których troska o wychowanie i fundusze należała do ks. Kłopotowskiego jako ich opiekuna. W roku 1905 przeniósł sierociniec dla chłopców do Opola Lubelskiego, a sierociniec dla dziewcząt do Jadwinowa koło Lubartowa do majątku „Jacek”. Znalazło w nim schronienie 120 dziewczynek oraz ich opiekunki siostry michalitki, a potem siostry felicjanki. Ks. Ignacy zatroszczył się też o edukację biednych dzieci wiejskich, tworząc dla nich w rozległym majątku Kleniewskich sieć tajnych szkół, do prowadzenia których zaprosił siostry bezhabitowe założone przez o. Honorata Koźmińskiego.

Ks. Ignacy, jako ojciec najbiedniejszych, szczególnie bolał nad bardzo trudną sytuacją dziewcząt i kobiet, masowo szukających pracy w mieście, które spotykały się najczęściej z wyzyskiem i niemoralnością, trafiając do domów publicznych. Bardzo więc pragnął przyjść im z pomocą. Bywało, że chodził nocami po ulicach Lublina i próbował z nimi rozmawiać, nakłaniać do innego życia, dawał im pieniądze… Szukał sposobu rozwiązania tego problemu na modlitwie. W jednej z broszur wyznał: „Bóg mi powiedział, że trzeba koniecznie podnieść i otoczyć opieką upadłe kobiety, którymi świat pogardza. (…) Dla grzeszników przyszedł Pan Jezus na ziemię. Grzesznikom przede wszystkim, i to największym, mają się poświęcić wszyscy kapłani, namiestnicy Pana Jezusa”. Tak powstała w jego sercu myśl utworzenia specjalnego domu dla nich – Przytułku św. Antoniego. Trudno było znaleźć dla tego celu lokal. Początkowo dla kilku tych dziewcząt wynajmował mieszkanie. Ale liczba ich rosła i trzeba było pomieszczeń większych. Ostatecznie w 1905 roku przeniósł Przytułek św. Antoniego na Wiktoryn, do dużego budynku, który sam w tym celu przygotował, a w którym znalazło schronienie około 60 dziewcząt. Uczyły się tu normalnego życia, pracując w pralni, prasowalni, szwalni, tkactwie, pończosznictwie, a także w ogrodzie i na polu. Ks. Ignacy starał się je formować również duchowo, uczyć moralnego życia i modlitwy. Opisując potrzeby przytułku, stwierdził: „Najbardziej potrzebna jest tu kaplica”. Sprowadził też do opieki nad dziewczętami siostry zakonne – najpierw mariawitki, a po potępieniu mariawityzmu, siostry pasterki. Do swoich podopiecznych podchodził z miłością i szacunkiem. W Przytułku św. Antoniego „kobiety mogą pracować nad swoim uświęceniem i zbawieniem, a przez to odzyskać godność zdeptaną i sponiewieraną” – napisał w jednej z publikacji. Dzieło opieki nad upadłymi kobietami Ojciec cenił sobie najbardziej ze wszystkiego, co do tej pory uczynił, gdyż, jak sam wyznał, „chodzi tu wprost o dusze nieśmiertelne”.

Gdy w 1908 roku ks. Kłopotowski przeniósł się do Warszawy, by poświęcić się na szerszą skalę pracy wydawniczej, nie przestał troszczyć się o ubogich. Już jako rektor kościoła podominikańskiego na ul. Freta założył przy kościele tanią kuchnię oraz zakład dla sierot i zakład dla starców, którymi zaopiekowały się siostry szarytki. Zorganizował tam w czasie wojny tanie kuchnie oraz wydawanie chleba bezrobotnym i biednym.

Gdy został proboszczem na Pradze w parafii Matki Bożej Loretańskiej przy kościele św. Floriana zajął się przytuliskami dla bezdomnych przy ul. Jagiellońskiej. Sprowadził więc z Krakowa siostry albertynki do pracy w domu noclegowym i braci albertynów do prowadzenia przytułku dla starców. Po roku 1920, gdy miał już swoje loretanki, prosił je, by wyszukiwały najbiedniejszych w parafii i informowały go o nich. S. Antonina wspomina: „W czasie roznoszenia opłatków miałyśmy wyszukiwać biedne rodziny po to, by biedne dzieci wysyłać bezpłatnie na kolonie do Loretto, by dzieciom szyć ubranka. Wyszukiwałyśmy też sieroty oraz małżeństwa niesakramentalne, by Ojciec bezpłatnie mógł im udzielić ślubu. (…) Opiekował się też żonami, które zostały porzucone przez własnych mężów. (…) O wszystkich się troszczył”. W Loretto jeden z budynków przeznaczył Ojciec na dom dla ubogich, samotnych staruszek. Podczas ostatniej w jego życiu zimy, która była bardzo ostra, zorganizował na terenie swojej parafii wydawanie codziennie 200-300 bezpłatnych obiadów. S. Elżbieta Wójciak w następujących słowach wspomina o zamiarze podjęcia kolejnego dzieła: „W podziemiach nowo budującego się naszego domu na ul. Sierakowskiego 6 chciał Ojciec urządzić kuchnię dla biednej inteligencji, bo – jak powiedział – biedni prości ludzie już mają pomoc dzięki bezpłatnej kuchni przy plebanii. Wkrótce Ojciec Założyciel zmarł i już nie zdążył tego zrobić”.

3. OJCIEC NAJUBOŻSZYCH – PRZYKŁADEM DLA NAS

Ojciec Założyciel zawsze wstrząśnięty był każdą biedą, nędzą moralną i materialną, najuboższym oddawał całe swe serce. Nie pozostawił ich samym sobie od pierwszych aż do ostatnich dni swojego kapłańskiego życia. Na potrzeby dzieł charytatywnych przeznaczał przychody ze swych wydawnictw, pozyskiwał wsparcie zamożnych ziemian, księży, zgromadzeń zakonnych, a także lubelskich mieszczan. A gdy to nie wystarczało, sam podejmował kwestę, nie przestając ufać nigdy Opatrzności Bożej i pomocy św. Antoniego. Także własnym słowem mówionym lub drukowanym wychowywał społeczeństwo do wrażliwości na sprawę ubogich, zachęcając nie tylko do dawania jałmużny, ale do chrześcijańskiej postawy miłości. Mówił: „Ubogim należy się od nas nie tylko grosz ofiarny, ale i osobisty przykład dobry, słowo dobre, o wiele nieraz cenniejsze niż pomoc materialna”.

Nic dla siebie, albo tylko niewiele, a wszystko dla potrzebujących pomocy – to zasada, według której żył, jak widać, nasz Ojciec Założyciel. O jego wyjątkowej empatii, albo raczej o czułej ojcowskiej miłości kapłańskiej do każdego człowieka świadczą dziesiątki zachowanych historii z jego życia. Na przykład zauważył wśród dzieci małą chorą na krzywicę kilkuletnią Antosię. Załatwił jej pobyt w uzdrowisku koło Lublina, gdzie sam zawiózł ją pociągiem z Warszawy. Jak zeznaje, opiekował się nią po drodze i karmił ją, a z pociągu do uzdrowiska niósł Antosię na rękach. Po trzech miesiącach wróciła do Warszawy jako dziecko chodzące. Natomiast jedna z wychowanek przytułku dla dzieci tak wspomina ks. Ignacego: „Był dla nas, dzieci, zawsze bardzo czuły, serdeczny, delikatny, cierpliwy i radosny. Umiał dostrzec potrzeby dzieci. Gdy przyjeżdżał, był obładowany paczkami dla dzieci. Przywoził ubrania, żywność, czasem nawet pomarańcze. A przy tym był taki skromny i bezpośredni. Dzieci tuliły się do niego jak do ojca, bo był tak dobry, jak najlepszy ojciec”. Jeden ze świadków jego życia stwierdza, że „dla tego kapłana żadna sprawa bliźniego nie była obojętna. Udzielał się zawsze i wszędzie całym sercem i duszą”.

Podobnie zapamiętały Ojca nasze pierwsze siostry, które też w tym czasie doświadczały ubóstwa. Wspominają, jak troszczył się o to, czy nie są głodne, czy nie jest im zimno. Kiedyś oddał siostrze swój sweter, innym razem coś z jedzenia. Ojciec wskazał nam, jak należy pomagać bliźniemu: „Nie byle jak, nie na odczepnego, nie dla oka, ale całym sercem, wszystkimi siłami starać się ulżyć niedoli. Gdyby w nas była prawdziwa miłość, ileż to nawet bez wielkiego wysiłku, moglibyśmy dobrego zrobić dla innych” („Posiew” 1909 nr 36).

Niech przykład ojcowskiej miłości naszego Założyciela, wrażliwej na potrzeby konkretnego człowieka, ogarniającej sercem każdego, a zwłaszcza najbardziej potrzebujących, będzie dla nas nieustannym wsparciem i wzorem w pracy nad sobą. Niech uczy każdą z nas kształtować w sobie duchowe macierzyństwo, otwierające nasze serca na potrzeby żyjącego obok nas człowieka.

UDOSTĘPNIJ

Sign Up to Our Newsletter

Be the first to know the latest updates

[yikes-mailchimp form="1"]
X