Skip to content Skip to footer

Zatroskany o człowieka potrzebującego pomocy

Zatroskany o człowieka potrzebującego pomocy

Błogosławiony ks. Ignacy Kłopotowski od pierwszych lat posługi kapłańskiej wychodził poza zlecane mu zadania. Widział szerzej potrzeby duszpasterskie i starał się im zaradzić. Na modlitwie rozważał, co i jak może uczynić dla Boga, Kościoła, ludzi…, a potem zdecydowanie oznajmiał: Bóg mi powiedział…

Rozeznawanie

Ks. Ignacy tkwił mocno w Kościele, czuł Kościół i był mu całkowicie oddany. A Kościół, wzorując się na Chrystusie, od początku niósł pomoc biednym i chorym. Czas posługi ks. Kłopotowskiego w Lublinie, to czas, gdy Polska była pod zaborami i zaborców zupełnie nie interesowały sprawy socjalne ani warunki życia Polaków. Przemierzając miasto, ks. Ignacy widział wielu ludzi biednych, niezaradnych, sierot, rodzin wielodzietnych żyjących w skrajnym ubóstwie oraz starców usuwanych z domów na ulice. Nie pozostał na to obojętny. Na modlitwie rozważał, co i jak może uczynić dla Boga, Kościoła, ludzi. Często potem powtarzał: Bóg mi powiedział. I tak Bóg mu powiedział, że ma zająć się nędzą lubelską, a potem warszawską, że ma świadczyć miłość Chrystusowi ukrytemu w ludziach biednych, głodnych, niezaradnych, grzesznych. Bóg go obdarzył sokolim wzrokiem i ogromnie miłosiernym sercem. Widział on biednych przez zamknięte drzwi – jak określił to później ks. Jan Pałyga SAC.

Inicjowanie dział miłosierdzia

Błogosławiony Ignacy swoją pomoc biednym rozpoczął od zbierania datków, proszenia o jałmużnę, aby iść potem z tymi darami do biednych. Nie wstydził się po skończonych wykładach w seminarium wyruszyć z wózkiem na ulice Lublina, aby użebrać coś dla najbiedniejszych. Czuł jednak, że ta doraźna pomoc nie rozwiązuje problemu biedy. Kolejnym jego krokiem było zorganizowanie Lubelskiego Domu Zarobkowego, gdzie z każdym miesiącem powstawały nowe działy pracy, zwiększała się liczba pracujących, zarabiających na własne utrzymanie oraz liczba młodzieży uczącej się zawodów przy dorosłych.

W szóstym roku kapłaństwa został rektorem podominikańskiego kościoła św. biskupa Stanisława oraz otrzymał klasztor podominikański, który zwolniło wojsko rosyjskie. Budynek był w opłakanym stanie, on go remontował i w nim organizował kolejne dzieła dobroczynne: ochronkę dla dziewczynek, ochronkę dla chłopców, dom dla schorowanych starców.

Wyszedł też na peryferie – otoczył opieką duszpasterską kobiety z marginesu społecznego i dla nich zorganizował w Lublinie „Przytułek św. Antoniego”.  A kiedy dla przytułku otrzymał w darze budynki wraz z rozległym ogrodem na Wiktorynie, wówczas otworzył tam również ośrodek dla starszych, schorowanych kobiet. Bł. ks. Ignacy włączył się też bardzo aktywnie w powstawanie szpitala dziecięcego w Lublinie.

Nieustannie szukał środków na utrzymanie zorganizowanych dzieł dobroczynnych. Choć liczył ciągle na Bożą Opatrzność, przeżywał też dylematy, rozterki i cierpiał, gdy brakowało mu pożywienia i najpotrzebniejszych rzeczy dla przyjętych ubogich. W jego artykułach czytamy:

Ciężka – bardzo ciężka dola sieroty. Ale stokroć szczęśliwsza sierota od swego opiekuna, który się dla niej poświęcił. Ona swej doli nie widzi, a ten ją odczuwa boleśnie. O, bo patrzeć na nędzę – a nie być w stanie jej pomóc, czy to boleść mała?  (…) Co czynić, gdy się odda ostatni grosz, a sieroty jeść proszą, i tak proszą, jakby się im należało? – Co począć?! Trzeba innych prosić, by co dla sierot ofiarowali. O, nie tak to łatwo. Ci, co mają – nie zawsze pojmują dolę tych, którzy pomocy potrzebują. 

Prasa na usługach charytatywnych

Ks. Ignacy w swoich czasopismach i broszurkach często prosił o jałmużnę i datki dla podopiecznych. Pojawiały się artykuły o następującej tematyce:

Jednym słowem za ciężko jest przeszło 200 osób utrzymać w Lublinie bez ofiar i jałmużny. O nie też proszę ludzi dobrej woli. (…) I obecnie, kiedy zima ciężka naraża zakłady moje na większe wydatki, i kiedy zapasy, zebrane latem własną pracą w ziemi, dla biednych dzieci, jak starców i kalek, już się wyczerpały, zwracam się do swych czytelników, a przez nich do wszystkich ludzi dobrej woli o udzielenie pomocy dla moich biednych. Zwracam się jedynie z pobudek religijnych.

Oto przykład. Umiera ojciec rodziny i zostawia żonę i małe dzieci w biedzie, bez środków do życia. Cóż ona pocznie, jak zaradzi swojej niedoli? Słucha, co ludzie mówią, i idzie za radą ich; zwróciła się do mnie. Wszędzie szukała i nigdzie nie znalazła oparcia dla swoich sierot. Tymczasem Zakład mój dla dziewczynek sierotek od paru lat już zapełniony. Zdaje się, nie sposób dać opiekę każdemu, kto o nią poprosi. A czyż jednak było można zbolałej matce odmówić w przyjęciu tych sierot, które ujrzawszy mię, rzuciły się do ręki, przeczuwając najwidoczniej, że nie będę miał serca oprzeć się prośbie ich matki, podwójnie nieszczęśliwej, raz pozbawionej środków do życia, a po wtóre zmuszonej swe dzieci oddać od siebie.

Przyjąłem troje – a z czwartym dzieciątkiem na rękach biedna wdowa poszła do szpitala – tak chora na oczy, że ledwo widziała drogę przed sobą.

Ks. Ignacy, przechodząc do Warszawy, miał oddać się wyłącznie duszpasterstwu poprzez słowo drukowane. Nie potrafił jednak nie reagować na biedę ludzką. W Radziwiłłowie, gdzie zamieszkał, zorganizował ochronkę dla dzieci, potem kolejną w Oryszewie, gdzie nawiązał współpracę z siostrami miłosierdzia. W czasie I wojny światowej był bliski każdej biedzie i spieszył z pomocą potrzebującym.

W 1919 roku objął probostwo w rozległej, ale biednej parafii Matki Bożej Loretańskiej w Warszawie na Pradze. Istniała tam już noclegownia dla bezdomnych, którymi zajął się w pierwszej kolejności. W jego artykułach czytamy:

Zwiedziłem wczoraj przytułek nocny na Pradze. Znalazłem w przytułku nocnym chrześcijan, żydów, starców i dzieci. Lokują się razem, gdzie kto może; o wpływ nie chodzi wcale. Kobiety są na parterze, mężczyźni na pierwszym piętrze, zupełnie odosobnieni, co naturalnie należy z uznaniem podkreślić.

Dla psychologa ciekawe typy, dla filantropa wielkie pole do miłosierdzia, przede wszystkim dla serca, którego w pierwszym rzędzie potrzebują wszyscy.

Nie śmiałbym nikogo potępić: ani za próżniactwo, ani za pijaństwo, ani za kradzież, zwłaszcza w dzisiejszych czasach. Kogóż nie zepsuły te czasy – a ich od dawna jeszcze gorzej psuły.

Najbardziej żal małoletnich w przytułku. Wojna ich już wykoleiła, Odbiła od rodziny. Rzuciła na bezdroża. Literalnie nikt im ręki nie podaje. Żyją własnym rozumem, a ten poniekąd głupi bez ich winy.

Kobiety są zaradniejsze i moralniejsze od mężczyzn, nawet w przytułku nocnym. Te od razu dałyby się tak zorganizować, że los stałby się im znośniejszy. Z mężczyznami gorsza sprawa. Ale nie przegrana. Ulegną dobremu wpływowi, którego nigdy nie mieli.

Po rozeznaniu sytuacji sprowadził z Krakowa braci albertynów i siostry albertynki do opieki nad najbiedniejszymi i posługi w noclegowni.

Widząc wiele biednych dzieci na terenie swojej praskiej parafii, szukał miejsca na kolonie dla nich. Zakupił teren nad Liwcem, nadając mu nazwę Loretto, bo chciał, aby tu zakrólowała Matka Boża i Matka wszystkich ludzi, aby pod Jej okiem dzieci wzrastały i rozwijały się.

Nieustannie apelował do ludzi dobrej woli o wsparcie dla zainicjowanych dzieł. Napisał:

Wszyscy mamy trzech przyjaciół w życiu: dobra ziemskie, krewnych i piękne nasze czyny. Po śmierci dobra nas zupełnie opuszczają, krewni doprowadzą do grobu tylko, a piękne czyny pójdą za nami na sąd Boży i obronią nas, jeśli je, naturalnie, mamy.

O piękne czyny starajmy się, a są nimi: modlitwa, jałmużna i post.

s. Klara Bielecka

UDOSTĘPNIJ

Sign Up to Our Newsletter

Be the first to know the latest updates

[yikes-mailchimp form="1"]
X