Zaprawdę, powiadam wam: Wszystko, co uczyniliście jednemu z tych braci moich najmniejszych, Mnieście uczynili (Mt 25,40). Błogosławiony ks. Ignacy Kłopotowski, zgłębiając Ewangelię, usiłował ją wiernie wprowadzać w życie. Codziennie na ulicach Lublina spotykał wiele dzieci osieroconych, pochodzących z wielodzietnych rodzin, bardzo biednych. Pomimo licznych zajęć nie potrafił przejść obojętnie wobec tego problemu, dlatego zatroszczył się o zorganizowanie dla nich ośrodków opiekuńczo-wychowawczych.
Sierocińce dla dzieci w gmachu podominikańskim
Pierwsze dwa sierocińce: dla dziewcząt i chłopców założył w Lublinie przy współpracy swego przyjaciela, ks. Franciszka Mazurka, w gmachu podominikańskim w 1900 roku. W następnym roku w sierocińcach tych było już ponad 70 dzieci, które w miarę sił i możliwości pomagały w Lubelskim Domu Zarobkowym i uczęszczały do szkoły rzemieślniczej, uprzednio założonej również przez ks. Ignacego. Sierocińce były wprawdzie agendą Towarzystwa Dobroczynności, ale troska o fundusze i wychowanie należała do bł. ks. Ignacego jako opiekuna. Fundusze potrzebne na prowadzenie i rozwój sierocińców czerpał z ofiar społecznych zbieranych niejednokrotnie w formie kwesty, ze sprzedaży własnych publikacji oraz częściowo z Domu Zarobkowego. Do opieki nad dziewczętami ks. Kłopotowski zaprosił z Galicji siostry z Towarzystwa „Powściągliwość i Praca” (przyszłe siostry michalitki) założonego przez bł. ks. Bronisława Markiewicza. Miały one także czuwać nad odpowiednim rozwojem duchowym i formacją religijną swoich wychowanek.
Ośrodki dla dzieci w majątkach Jana i Marii Kleniewskich
Dzieci z sierocińców w Lublinie wyjeżdżały też na wieś na letnie kolonie organizowane w majątku Kleniewskich. Nie uszło to uwagi władz rosyjskich, o czym donosi gubernator lubelski gubernatorowi warszawskiemu: Między Kluczkowicami i lubelskim Domem Pracy, wychowuje się dużo dzieci, powstał związek przez znanego działacza lubelskiego, polskiej dobroczynności i filantropii – ks. Ignacego Kłopotowskiego, który przenosi swoją działalność powszechnie, gdzie tylko znajdują się do tego sprzyjające warunki. Okazało się to w majątku Kluczkowice, wydzielono pomieszczenie na letnie kolonie dla dzieci, kierowane tutaj z różnych miejscowości kraju przez ks. Kłopotowskiego.
Bł. ks. Ignacy inspirował przyjaciela Kleniewskiego do otwierania ochronek i szkół dla dzieci mieszkających w jego rozległych posiadłościach. Donoszą o tym materiały władz rosyjskich: Kleniewski, w ciągu ostatnich kilku lat, zorganizował w swoich majątkach, znajdujących się w powiecie Nowo Aleksandryjskim, następujące zakłady: Przy cukrowni „Zagłoba” dzienną ochronę dla dzieci pracowników w wieku do sześciu lat. Tamże prywatną szkołę dla dzieci starszych. (…) Wszystkie te zakłady istnieją na koszt ziemianina Kleniewskiego lub korzystają z jego pomocy materialnej, i znajdują się pod pieczą żony Kleniewskiego, która wspólnie z profesorem rzymskokatolickiego Seminarium Lubelskiego księdzem Kłopotowskim, odwiedza te zakłady oraz kieruje ich działalnością i życiem wewnętrznym.
Sierociniec dla chłopców w Opolu Lubelskim
W roku 1905, z powodu epidemii tyfusu w Lublinie, jak i w poszukiwaniu lepszych warunków zdrowotnych dla swoich podopiecznych, ks. Ignacy Kłopotowski przeniósł sierociniec chłopców do Opola Lubelskiego (około 55 km od Lublina), do domu ofiarowanego na ten cel przez rodzinę Kleniewskich. Sierociniec posiadał dogodny budynek, jednak cierpiał na stały brak środków materialnych. Chłopcy sezonowo pracowali w majątku Niezdów, a także prowadzili zakład szewski. Zajmowali się kwestą w naturze po okolicznych dworach i wsiach, a braki uzupełniali dobroczyńcy Kleniewscy. W artykule „Najbiedniejsi” ks. Ignacy opisał całe staranie i pracę chłopców na swoje utrzymanie: Chłopcy nadzwyczaj lubią zajęcie przy roli. Całe tegoroczne lato przeszło im na pracy w polu, za co byli wynagrodzeni przez Zarząd Dóbr Niezdowskich pod Opolem. Zarabiali przy pieleniu buraków, przy zrywaniu chmielu, wreszcie przy kopaniu buraków. Lenistwa chłopcom naszym nie sposób zarzucić.(…) Pobyt na wsi i praca ręczna na powietrzu doskonale wpływa na rozwój organizmu chłopczyków. (…) Swą pracą w polu zdobyli pościel, bieliznę i ubranie dla siebie. Są jeszcze w tym braki z powodu przybycia nowych paru chłopczyków, ale jeśli Pan Bóg pozwoli pracować szczęśliwie, to się jako tako wszystkiemu zaradzi. Obecnie, gdy się roboty w polu skończyły, chłopcy prawie w połowie zajmują się szewstwem, a roboty mają tyle, że nie są w stanie wykończyć.
Zakładem kierował na co dzień Franciszek Duda, mając do pomocy majstra szewskiego i dwie kucharki. Jak pisał bł. ks. Ignacy Kłopotowski służą zakładowi z zaparciem godnym wielkiego uznania. Te skromne słowa kryją wielką wdzięczność Błogosławionego za pracę i poświęcenie przyszłych michalitów i michalitek, przysłanych przez bł. ks. Bronisława Markiewicza.
Sierociniec dla dziewcząt w Jadwinowie
Sierociniec dziewcząt również został przeniesiony w 1905 roku poza Lublin – do Jadwinowa koło Lubartowa (około 25 km od Lublina), gdzie ks. Ignacy zakupił na ten cel majątek „Jacek”. Humorystycznie i obrazowo opisał zakup tego terenu w jednym ze swoich artykułów: Dowiedziałem się, że pod Lubartowem jest do sprzedania kolonia 15 morgowa, Jacek. Pojechałem zobaczyć, a po obejrzeniu powiedziałem sobie: to Opatrzność przeznacza ten dom dla sierot, muszę go kupić. Ale jak i za co? Właściciel zażądał 9.000 rb. Targ w targ nastąpiła zgoda na 6.500 rb. Należało dać zadatek. Jedna osoba życzliwa pożyczyła mi 500 rb., i tym zadatkowałem Jacek. W tym czasie wydałem 20.000 egz. książeczki do nabożeństwa pod tytułem „Zbiorek modlitw”. Zwróciłem się do kolegów kapłanów i do osób życzliwych, aby mi pomogli w rozprzedaniu. Ze sprzedaży tych książeczek i z paru ofiar złożonych do mego uznania zebrałem 4.500 rb., resztę pożyczyłem w Kasie Przemysłowców i tym sposobem nabyłem uroczy Jacek dla swoich biednych dzieci.
Opiekun sierot miał potem wiele kłopotu ze zwrotem tej pożyczki, a Kasa Przemysłowców przesyłała upomnienia i skargi do biskupa. Dług jednak został ostatecznie spłacony przez ks. Kłopotowskiego w 1908 roku.
Zakupiony ośrodek dał schronienie 120 dziewczynkom wraz z ich opiekunkami, członkiniami Towarzystwa „Powściągliwość i Praca”. Potem, w trudnych chwilach, kiedy brakowało środków na utrzymanie sierocińców, ks. Ignacy zwracał się o pomoc do społeczeństwa, pisząc między innymi: Dla dziewczynek, które się znajdują na kolonii Jacek pod Lubartowem (…) – proszę o kartofle, kaszę, mąkę i drzewo na opał. Pomoc tę okazać mogą zacni Dobrodzieje, którzy mieszkają niedaleko Lubartowa i znają zakład z jego działalności. Innych zaś Dobroczyńców proszę o pomoc pieniężną na zakup bielizny i ubrania.
Zapotrzebowanie na sierocińce było tak wielkie, że ks. Ignacy nie był w stanie sprostać wszystkim oczekiwaniom. Niekiedy nie potrafił jednak odmówić, o czym sam napisał: To znowu przysłano dwoje małych dzieci, nie mających ani ojca, ani matki, ani żadnego rodzeństwa, i siedzą dzieciaczki w moim mieszkaniu, bo w zimie nie sposób ich wysłać do dzieci przytulonych na Jacku pod Lubartowem.
Innym razem robił zdjęcia prowadzonych sierocińców i w ten sposób budził serca ludzi zamożnych do dzielenia się swoimi zasobami z tymi, którzy cierpią niedostatek. W jednym z artykułów czytamy: Gromadkę tych dziatek, żyjących z dala od gwaru miejskiego, w ubóstwie, na które się nie skarżą, bo bogactw nie widzą, sfotografował mi ks. Samorek, wikariusz przy kościele po-Bernardyńskim, i dzięki temu mam możność sierotki zgromadzone przedstawić Czytelnikom. Ale nie czynię tego bezinteresownie. Chodzi mi o serce wasze, Czytelnicy, dla tych sierot, które albo wcale nie mają rodziców, albo mają tylko matki, bo ojcowie ich nie żyją. (…) Sam Jacek daje dzieciom kartofle i mleko od krów, które się żywią latem w wąwozie na Jacku, a zimą paszą użebraną. Poza tą pomocą, opiekunki, które tam są latem z ramienia mojego, zakładają do wózka konika i same objeżdżają sąsiednie dwory i zagrody włościańskie, żebrząc pomocy dla biednych dziatek. (…) Ale okolica Lubartowska niezamożna, dworów również mało – tak, że są potrzeby niezałatwione. Może kto, czytając te słowa, w sercu swoim obmyśli pomoc! (…) Nadmienić muszę, że pod względem zdrowotnym, Jacek bardzo odpowiednim jest miejscem dla dzieci. Położony na piasku, ma trzy morgi parku iglastego i dwie morgi płynącego przez wąwóz do rzeki Wieprza stawu. Dom duży, drewniany, widny i słoneczny.
W roku 1908, kiedy ks. Ignacy przenosił się do Warszawy, a dług został spłacony, cały majątek i zarząd sierocińcem przekazał siostrom felicjankom, ponieważ były jednym z nielicznych zakonów w Królestwie, na których istnienie zgadzały się władze rosyjskie.
Szpital dziecięcy w Lublinie
W trosce o zdrowie dzieci ks. Kłopotowski wziął udział w opracowaniu w styczniu 1907 roku, razem z innymi społecznikami lubelskimi, projektu szpitala dziecięcego, który miał być pod zarządem szpitala miejskiego św. Wincentego a Paulo. W maju tego samego roku znani lubelscy dobroczyńcy – bracia Vetter – ofiarowali na ten cel znaczną sumę 60.000 rubli. Wkrótce został zakupiony plac, a w dniu 10 kwietnia 1908 roku nastąpiło wmurowanie kamienia węgielnego. Szpital został wybudowany. Budynek stoi do dziś i mieści się w nim Lubelski Instytut Pediatrii Akademii Medycznej.
s. M. Klara Bielecka



